sobota, 6 września 2014

"Zakaz wjazdu" Czesława Białczyńskiego

"Zakaz wjazdu" to pierwsza książka sygnowana przez Czesława Białczyńskiego, z którą miałem przyjemność się zapoznać i już wiem, że na tej jednej się nie skończy. Autor ma przejrzysty sposób pisania, lekkie pióro i solidne warsztatowe zaplecze, zgrabnie przeskakuje też pomiędzy narracją pierwszo- i trzecioosobową, dzięki czemu lektura przebiega bez zgrzytów. Nie brakuje mu też wyobraźni, nie tylko serwuje nam kilka znakomitych, świeżych pomysłów, ale i tradycyjne rekwizyty kosmicznego sztafażu potrafi rozbudować w ciekawy sposób.



Obraz świata u Białczyńskiego nie odbiega od tego, co serwował nam np. Bohdan Petecki. Tutaj także mamy błogą, pokojową i dostatnią przyszłość rodzaju ludzkiego, który po burzliwych wiekach został w końcu skutecznie zdyscyplinowany poprzez farmakologiczne wyeliminowanie agresji. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo podobnie jak u Peteckiego w porę dostrzeżono potrzebę utrzymywania w tym owczym stadku także kilku etatowych wilczurów, które w razie potrzeby ugryźć potrafią. Genetycznie zaprojektowani, wszechstronnie wyszkoleni i częściowo zcyborgizowani agenci Astropolu o niewytłumionych instynktach walki są zawsze gotowi by odpowiadać na ewentualne zagrożenia tam gdzie tylko się pojawią, czy to na samej Ziemi, czy to w rozproszonych po kosmosie placówkach badawczych. A potencjalnie pracy mogą być sporo, bo dzięki odkryciu tzw. punktów stykowych możliwa stała się błyskawiczna podróż w bardzo odległe zakątki Wszechświata. Co znamienne, reszta społeczeństwa nieszczególnie docenia ich starania, stygmatyzując "półzwierzęcych" pobratymców i stroniąc od ich towarzystwa.

Jednym z takich izolantów jest zwiadowca o przepoczciwym imieniu Paf (skrót od Pafnucy?) i to on pełni rolę narratora przez większą część książki. Bohater budzi sympatię czytelnika, wykazuje pewne życie wewnętrzne i zdaje się bardziej ludzki od cywilów. A z cywilami, podobnie jak u Peteckiego, zawsze jest problem. Tym razem objawia się on na planecie Irma, jak się wydawało doskonale już poznanej i oswojonej, posiadającej jednakże ten feler, że bez specjalnych gogli człowiek nie widzi na niej nic poza szaleńczo zmienną, kalejdoskopową mozaiką. Kolejna rutynowa misja badawcza wysłana na planetę przestaje odpowiadać, należący do niej statek melduje się w orbicie Plutona o rok wcześniej niż zaplanowano, a na pokładzie znajduje się tylko jeden z członków załogi, w dodatku niespełna rozumu i na skraju śmierci głodowej (mimo sporych zapasów prowiantu). Jego obłąkańcze wyjaśnienia niewiele wnoszą do sprawy, więc na miejsce wyrusza Paf, do którego po tygodniu ma dołączyć kolejna zmiana naukowców.

Na Irmie jednak nic nie jest takie jakie się początkowo zdawało, a wydarzenia kolejnych dni każą stawiać pytania o poczytalność bohatera, o granice snu i jawy, o naturę zdumiewających zjawisk. Z każdą przeczytaną kartką zagęszczają się opary paniki, niemocy, obłędu i rozpadu osobowości, fikcyjne światy narastają kaskadowo i zdają się zapętlać pod dyktando jakiejś wrogiej siły, a Paf desperacko walczy o wyrwanie się z tego onirycznego kręgu. Stawka tych zmagań okaże się znacznie wyższa niż jego życie i tożsamość.

"Zakaz wjazdu" to książka dojrzała i przemyślana, emocjonalnie absorbująca, z konsekwentnie budowaną atmosferą, nie stroniąca od poważniejszych refleksji, a przy tym po prostu dobrze napisana. Przeczytajcie ją koniecznie, zakończenie z pewnością nie pozostawi Was obojętnymi.

2 komentarze:

  1. Rewelacyjna jest "Próba inwazji" - naprawdę wyrastająca ponad polską fantastykę powieść. Może końcówka nieco zagmatwana, ale poza tym doskonała.

    OdpowiedzUsuń
  2. To pech, bo miałem smaka właśnie na lekturę Białczyńskiego i właśnie zamówiłem... "Miliard białych płatków". "Próba inwazji" musi poczekać na swoją kolej, ale jest na mojej krótkiej liście priorytetów czytelniczych. :)

    OdpowiedzUsuń