
Z opasłymi tomiskami, w dodatku
estetycznie wydanymi i mieszczącymi uznane dzieła mam nieustający i zasadniczy
problem czytelniczy - do środków komunikacji publicznej ich nie wezmę (bo swoje
ważą i szkoda je powycierać), a w domu i tak najczęściej kontynuuję te, których
lekturę zacząłem w autobusie (czytanie symultaniczne niespecjalnie mi się
udaje). W rezultacie okazałe dzieła dumnie wypinają grzbiety na półce.... i
niewiele więcej. Nie inaczej było z "Hyperionem", który długo
oczekiwał na swoją szansę. Ale kiedy już ją dostał, to wycisnął ją jak grejpfruta
(a co! nie tylko cytrynie się należy).