Opowiadaniem "Słowo mapa znaczy wiara" Christophera Rowe'a obudowane
jest wokół jednego zasadniczego pomysłu i to pomysłu, przyznaję, wyjątkowo
przewrotnego (w dodatku z dużą dozą dosłowności, bo wywraca znany nam porządek
rzeczy do góry nogami). Naturalną dla nas rzeczą jest aktualizacja map
stosownie do zmian zagospodarowania terenu, a co jeśli dogmaty wiary
odwracałyby tą sytuację biegunowo i nakazywałyby zmieniać środowisko, dostosowując
je do "świętych" map obrazujących pierwotny zamiar Stwórcy? Koncept w
pierwszym odczuciu wydaje się całkiem obiecujący, ale potencjału z ledwością
starcza tu na te dwadzieścia-parę stron opowiadania. Lektura może nie
ekscytuje, ale i nie boli, więc spróbować nie zaszkodzi.
